Serwis internetowy Gminy Sulkowice wykorzystuje COOKIES

sejm2019-logo

 

czyste powietrze logo

Jakość powietrza

 powietrze

Gospodarka nieruchomościami

Dla przedsiębiorców


ceidg

ePUAP

Elektroniczna
Skrzynka Podawcza

(wymaga konta na platformie ePUAP)



100 lat Pani Ludwiki Frosztęgi z Sułkowic Drukuj Email
poniedziałek, 20 maja 2013 15:53, odsłon: 1181

„Nie trać nigdy fantazyje, chociaż bieda bije”

Na złość ZUS-owi

16 maja 2013 r. mieszkanka Sułkowic – Ludwika Frosztęga obchodziła 100 – lecie swoich urodzin. Na tę okoliczność pojawiła się u niej delegacja gminna z Burmistrzem Piotrem Pułką, sekretarz Małgorzatą Dziadkowiec, kierownik Urzędu Stanu Cywilnego Krystyną Stankiewicz oraz dyrektor OPS Józefą Bernecką, by odczytać listy gratulacyjne od Premiera Donalda Tuska, Wojewody Małopolskiego Jerzego Millera oraz od burmistrza w imieniu wszystkich mieszkańców. Były kwiaty, prezenty i tort oraz serdeczne uściski, wiele miłych słów oraz „Dwieście lat”.

Kobiet nie pyta się o wiek.  Ale taki wiek, to rzadkość w obecnych czasach. O takim „leciu” trzeba i należy mówić głośno. Starsi ludzie mawiają żartobliwie, że pan Bóg o nich zapomniał. A jest wręcz przeciwnie. Bóg, takich ludzi jak pani Ludwika, otacza troską, dobrym zdrowiem, świetnym wzrokiem i pamięcią oraz – co najważniejsze – kochającą i dbającą rodziną.

Ludwika Frosztęga, z domu Postawa (córka Wiktorii i Antoniego), urodziła się 16 maja 1913 r. w Sułkowicach jako jedna z siedmiorga rodzeństwa. Większość życia mieszkała przy ul. Na Węgry w Sułkowicach w swoim rodzinnym domu. Dopiero od 12 lat mieszka na ul. Partyzantów ze swoją córką Janiną i zięciem Józefem Ziemianinami, którzy się nią opiekują. Wyszła za mąż w wieku 30 lat. Mąż stulatki Jan, który pracował w Kuźni, robił świderki do Cepelii i zajmował się rolnictwem, zmarł w 1991 r. Jubilatka urodziła ośmioro dzieci (dwa razy miała bliźnięta), ma 16 wnuków oraz 19 i pół prawnuka – jak dodaje żartobliwie córka, ponieważ dwudziesty prawnuk jest w drodze.  Dwoje dzieci pani Ludwiki już niestety nie żyje. Całe życie spędziła na roli. Ukończyła cztery klasy szkoły podstawowej, potem przymusowo wypisali ją ze szkoły, bo trzeba było – jak to w dawnych czasach- zajmować się gospodarką, krowy pasać, doić. Jej dzieci mieszkają aktualnie w Tarnowskich Górach, Rudzie Śląskiej i w Sułkowicach. W zeszłym roku była na weselu koło Suwałk. Sama wyszła na 4 piętro w bloku bez windy.

Córka Janina, z którą mieszka Ludwika Frosztęga, opowiada o mamie: „Jest bardzo aktywna, zadowolona z życia, nawet z Internetu korzysta. Przez skype’a rozmawia często ze swoją wnuczką z Ameryki. Na uszach ma słuchawki, na ekranie komputera wszystko widzi. Czasem szyje jeszcze na maszynie nożnej, ma w jednym pokoju swój warsztat pracy. Czyta bardzo dużo. Ciągle muszę  załatwiać nowe książki. Wszystko musi przeczytać. Ja też zawsze lubiłam czytać, a moja córka Ania jest polonistką i uczy w Krakowie. Mamy to w genach. Mama ma też swój starodawny sposób na choroby. Na zimę robi syropy z czosnku i cebuli, na grypę nie choruje w ogóle, nie ma cholesterolu. Czasem pije te krople Amol. Wszystko je. Nie ma ciśnienia, ale musimy jej dawać leki na kruchość żył i żeby nie doszło do wylewu. Jakoś trzy lata temu miała mały wylew. Przetaczali jej krew. Dostała krew po 18 – latkach, to powiedziała lekarzom, że teraz musi chodzić na dyskoteki. Wszyscy życzyli jej wtedy „stówki”, to odpowiedziała, że ma dość stówek w portfelu. Mama nie cierpi hasła, że „coś się nie opłaci”, ona dawniej bardzo ciężko pracowała i musiało się opłacić.”

Jak dodaje sama Jubilatka – „teraz nic nie robię, bo już nie dam rady. Dawniej się człowiek nauganiał. Nie było maszyn. Wszystko robiło się rękami, kopaczkami. Były krowy, świnie, ani jeden się nie ożenił, jak nie miał swojego zagona. A teraz jest odwrotnie – jak ktoś ma pole i gospodarkę, to nie chcą się żenić, bo się boją ciężkiej roboty.” Pani Ludwika jest skarbnicą mądrości ludowych i powiedzeń wszelakich, a swą mądrością życiową lubi się dzielić z innymi:
„Nie trać nigdy fantazyje, chociaż bieda bije” lub „Jak ktoś się czego nauczy, to śpi a mruczy”.
Uważa też, że „dziś som ludzie same droby, ale państwo siekierom nie przetnie, nimo kto robić”.

Ma zegar, co ma 150 lat, przywiózł go ponoć jej dziadek lub ojciec z wojny austriackiej. Ten zegar ją budzi. Jak tylko staje zegar, to ona od razu nie może spać. Zawsze musi słyszeć jego bicie. Doskonale  pamięta wiele osób i historii naszej gminy. Przeżyła koszmarną pacyfikację Sułkowic. Miała wtedy 29 lat. Pamięta jak Niemcy otoczyli miasto, jak zgonili wszystkich na rynek bydlęcy, jak wszyscy musieli leżeć ustami do trawy i nikomu nie wolno było podnieść głowy, bo inaczej miał pewny strzał w kark. Pamięta jak wszyscy płakali. Wspomina, jak Niemcy pobili przewodniczącego gminy Latonia - możnego chłopa gospodarczego, tak, że ciężko go było poznać. Pamięta, jak przy domu koło cmentarza wykopano dziurę w ziemi, jak ustawili ludzi rzędem i strzelali tak, że ciała tam wpadały i że potem przysypali je wapnem. Pamięta, że matki na tej trawie to dzieci rodziły. W końcu usłyszeli od jednego Niemca, który mówił coś po polsku, że ci, co leżą na placu, mają darowaną śmierć, tylko musi być jedność. Potem Niemcy wszystko zatuszowali.

Ale wracając do teraźniejszości – mówi: „Świat za mojego życia strasznie się przemienił. Opiekują się mną, jeść mi dobrze dają. Dobrobyt jest. Dawniej na swoim chlebie byłam. Nieraz nic nie jadłam. Żołądek był zahartowany.

26 maja 2013 r. proboszcz Edward Antolak w prezencie urodzinowym obiecał jej, że odprawi za nią Mszę św., kiedy będzie u nas gościł proboszcz z Medjugorie. Planowana jest też duża impreza rodzinna na strażnicy OSP w Sułkowicach. Pani Ludwika, gdy krewni zapowiadali się na imprezę, odpowiadała wszystkim, że „pewnie, jak dożyjecie, to przyjdźcie”. Pozostaje życzyć przesympatycznej i pełnej humoru Jubilatce, żeby ten austriacki zegar nad łóżkiem bił jej kolejne 100 lat.

Joanna Gatlik