Serwis internetowy Gminy Sulkowice wykorzystuje COOKIES

sejm2019-logo

 

czyste powietrze logo

Jakość powietrza

 powietrze

Gospodarka nieruchomościami

Dla przedsiębiorców


ceidg

ePUAP

Elektroniczna
Skrzynka Podawcza

(wymaga konta na platformie ePUAP)



Przyszedł do mnie Mikołaj Drukuj Email
czwartek, 12 grudnia 2013 12:43, odsłon: 473


Mikolaj w szpitalu

Kiedy człowiek na 5 lat, święcie wierzy w Mikołaja i ma nadzieję graniczącą z pewnością, że go ten Święty odwiedzi 6 grudnia, wsunie od poduszkę (albo łóżeczko) upominek, przytuli do swojej białej brody. Kiedy przychodzi, radość jest wielka i rośnie w sercu wiara w piękny świat.

Gdy człowiek ma 75 lat, dobrze już wie, jak to jest z Mikołajem, z nadzieją na piękny świat zdążył się już niejednokrotnie pożegnać, a w sercu ma głównie ból samotności. Kiedy do takiego człowieka przychodzi Święty Mikołaj, to tak, jakby wróciło dzieciństwo, jakby świat postanowił na swoich gruzach odbudować ludzką nadzieję, jakby Aniołowie Pańscy upomnieli się o tych, którzy sami sobie wydają się niepotrzebni.


Aniołowie Pańscy działają przez ludzi, dotykając ich swoim posłannictwem. Nie bez przyczyny grupa młodych ludzi z Trzebuni nazywa się "Dotyk Anioła". Nie bez przyczyny Dorota Ruśkowska otrzymała w ubiegłym roku tytuł Amicus Hominum - Przyjaciel Człowieka.  Nie bez przyczyny jej Teatr w Stodole coraz częściej jest wymieniany w gronie sprawców najcenniejszych działań charytatywnych naszego powiatu.
Wszyscy oni 5 i 6 grudnia spędzili w szpitalach Krakowa i Myślenic, niosąc chorym dzieciom, dorosłym i staruszkom te samą serdeczność, nadzieję ma piękny świat i radość obecności. W Prokocimiu, na onkologii na ul. Skarbowej w Krakowie i w myślenickim szpitalu każdy pacjent otrzymał od Mikołaja (Zdzisława Uchacza) upominek z darów ofiarowanych przez mieszkańców naszego powiatu, a niejeden został przytulony do przez siostrzyczki (Dorotę i jej siostrę Renatę), wypłakał swój ból w ich ramię wciąż gotowe do dźwigania ludzkiego ciężaru. I nie ma w tym ani przesady, ani patosu. Trzeba dużego hartu ducha, by oko w oko stanąć z ludzkim nieszczęściem, wyniszczającą ciało choroba i wyniszczającym ducha cierpieniem fizycznym i duchowym. Trzeba wielkiego serca, by zarazić ludzi potrzebą obdarowywania, tygodniami zbierać dary, sortować je, pakować tak, by były dostosowane do płci i wieku, by na dodatek zjednać wokół tych działań sporą grupę młodych ludzi. Dla nich to wielkie doświadczenie, trudne, a jednocześnie budujące, pokazujące drugie dno powtarzanych sloganów o radości dzielenia się - ich prawdziwy słodko-gorzki sens, że radość znaczy więcej niż wesołkowatość, a "dobrze" wcale nie musi oznaczać "fajnie".


I tak oto wraz z Dorotą i Renatą (której niejednokrotnie mikołajkowe nauszniki czerwieniły się ze wzruszenia) wyruszył na pielgrzymkę do ludzkiego cierpienia chór śpiewających reniferów. Dwa dni śpiewania kolęd i piosenek świątecznych - od rana do późnego wieczora. Mówić już nie mogli, a jeszcze śpiewali - i ciągle uśmiechali się. Bo na każdym szpitalnym korytarzu przy pierwszych dźwiękach piosenki czy gitary wychylały się uśmiechnięte i wzruszone twarze, w każdej sali szpitalnej ludzie chłonęli te dźwięki niosące tyle wspomnień, minionych radości, echa nadziei. Niejeden zrosił je serdecznymi łzami. A ludzie w białych kitlach otwierali szeroko drzwi, nie bronili dostępu nawet do ciężko chorych - wiedzieli, że to, co niosą ci wspaniali ludzie, jest silniejsze od wszystkich zarazków świata. 


Taki już jest ten grudzień. Taki już jest świat, gdy się go maluje sercem.